Cztery lata temu uznawano go za wielką nadzieję polskiej piłki nożnej. Doceniano jego talent, podziwiano piękne gole. Potem wyjechał za granicę. I tam rozpoczął się koszmar, z którego Sebastian Mila nie może wybudzić się aż do dziś.

Grudzień 2003 roku. Sześćdziesiąta piąta minuta meczu Groclin Grodzisk Wielkopolski – Manchester City w 1/32 Pucharu UEFA. Mila strzela cudowną bramkę z rzutu wolnego (z odległości 25 metrów), która daje polskiej drużynie sensacyjny wręcz awans do dalszej fazy rozgrywek.
Był wtedy w szczytowej formie. Brak dobrych warunków fizycznych i boiskowej zadziorności nadrabiał dryblingiem, dobrym kończącym podaniem czy świetnym strzałem z dystansu. Opromieniony sukcesami oraz pochlebnymi opiniami wyjechał zagranicę. – Jestem już na to gotowy – przekonywał. Czas pokazał, że jego przekonania okazały się chybione. Mila nie poradził sobie ani w przeciętnej lidze austriackiej, ani słabej norweskiej. Również w reprezentacji zupełnie mu nie szło i szybko stał się (anty)bohaterem licznych kawałów na jego temat. Kibice śmiali się przede wszystkim ze sporego niedołęstwa zawodnika, któremu nadzwyczaj często przytrafiały się proste błędy techniczne, a także wady koordynacyjne. Odkąd trenerem kadry narodowej jest Holender Leo Benhakker, 26 – letni obecnie zawodnik nie zagrał w niej ani razu. Polskie media rzadko o nim wspominały i słuch o Sebastianie Mili zaginął. Przynajmniej do 28 lutego tego roku, kiedy to wrócił do Polski, podpisując kontrakt z ŁKS Łódź. – Wróciłem, by odbudować swoją formę – mówi Mila. – Moim celem jest także pomoc ŁKS owi w utrzymaniu się w ekstraklasie.
Szkolne perypetie
Urodził się i wychowywał w Koszalinie. Tam też rozpoczął swoją piłkarską karierę, trenując w miejscowym Bałtyku. Piłkę nożną „wpoił” mu do głowy ojciec Stefan, który był trenerem jednej z koszalińskich drużyn. Od najmłodszych lat zaprowadzał syna na mecze tamtejszej Gwardii, w domu natomiast wspólnie oglądali, a następnie analizowali, mecze reprezentacji Polski. Mila wykazywał się sporym potencjałem i nieprzeciętnymi umiejętnościami już na początku swoich treningów. Musiał je jednak przerwać. Powód? Młodzian opuścił się w nauce i już we wczesnych latach podstawówki miał poważne problemy z przedostaniem się do kolejnych klas. Ojciec postawił mu ultimatum: albo poprawa w nauce i powrót do regularnego trenowania, albo żadnych zmian i koniec z futbolem. Blondwłosy zawodnik poszedł po rozum do głowy i zdecydował się na tę pierwszą opcję. – Nie chciałem żeby szkoła zablokowała rozwój mojej kariery – mówi zawodnik. – Przysiadłem więc nad książkami, poprawiłem oceny i spokojnie kontynuowałem piłkarską karierę – dodaje.

Po szkolnych perypetiach zawodnik trafił do juniorów Gwardii Koszalin, jednak długo tam miejsca nie zagrzał. W wieku szesnastu lat przeniósł się do Gdańska, rozpoczął naukę w Szkole Mistrzostwa Sportowego, a pod swoje skrzydła wzięła go tamtejsza Lechia. Mimo młodego wieku i zerowego doświadczenia bardzo szybko wywalczył sobie miejsce w meczowej kadrze „biało-zielonych” (druga liga polska). Seria udanych występów zagwarantowały Mili powołania najpierw do reprezentacji Polski under-16, a później under-18. W tej pierwszej kategorii wiekowej urodzony w Koszalinie piłkarz wywalczył tytuł wicemistrza Europy, w drugiej – tytuł mistrza Starego Kontynentu. Te sukcesy otworzyły przed nim wrota do wielkiej kariery i nie trzeba było długo czekać na zasyp ofert z klubów z całej Polski. Starały się o niego m.in. Wisła Kraków, Legia Warszawa, GKS Katowice i Orlen Płock. Mila wybrał ofertę tego ostatniego, gdyż – jak sam mówi – w Płocku zapewniano mu najlepsze warunki finansowe. – A poza tym ówczesnym trenerem płocczan był Waldemar Drobniak, którego darzyłem ogromną sympatią i szacunkiem – przyznaje wychowanek Bałtyku Koszalin.
Z klubem z Płocka awansował do pierwszej ligi, lecz mimo to po raz kolejny zmienił klub – tym razem przeszedł do Groclinu Grodzisk Wielkopolski. O ten transfer od samego początku zabiegał prezes Groclinu Zbigniew Drzymała, który już wtedy twierdził, że Mila posiada ogromny potencjał i będzie z niego niemały pożytek.
We Wiedniu się nie udało…
Drzymała wiedział, co mówi. Sebastian Mila już w pierwszym sezonie gry w Grodzisku Wielkopolskim był ważnym ogniwem drużyny. Natomiast w drugim – Groclin bez niego praktycznie nie istniał. Kibice nadali mu nawet przydomek „Steve G”, bo odgrywał tę samą rolę, co słynny Steven Gerrard w Liverpoolu, czyli kierował grą swojej drużyny, będąc jej niezaprzeczalnym liderem. Potwierdził to w rozgrywkach o Puchar UEFA. Najpierw w kwalifikacjach jego dwie asysty zapewniły grodziszczanom wygraną w dwumeczu z Atlantas Kłajpeda, zaś w 1/32 fazy zasadniczej strzelił pięknego gola z rzutu wolnego, dzięki któremu polska drużyna awansowała dalej. I choć później została zdeklasowana przez francuski Girondins Bordeaux, to na Milę zwróciły uwagę silne kluby zagraniczne. – Dostałem oferty m.in. z Schalke 04, Fulhamu Londyn czy Spartaka Moskwa – opowiada bohater poniższego artykułu. – Ostatecznie wybrałem jednak Austrię Wiedeń, bo bałem się, że w mocniejszym klubie nie dam sobie po prostu rady – dodaje.

Zawodnik obawiał się gry w mocnym klubie, sądził natomiast, iż w klubie z Wiednia będzie miał pewne miejsce w podstawowej jedenastce. Jakże się mylił. Wprawdzie w swoim debiucie strzelił bramkę (był to mecz pucharowy), lecz później było już tylko gorzej. Mila stracił miejsce w wyjściowym składzie, zaliczał ledwie epizodyczne występy. Aż w końcu mecze swojego zespołu oglądał wyłącznie z trybun. Wiedeńscy kibice żartowali, że Polak „jest najwierniejszym fanem Austrii – nie przegapił żadnego meczu”. Za liczne niepowodzenia Mila obwiniał ówczesnego szkoleniowca 23 – krotnych mistrzów Austrii – Frenkie Schinkelsa. – Ten człowiek mnie zniszczył, przez niego spadłem na dno – nie przebiera w słowach. – Wysyłał mnie do ćwiczeń z trzecią dziesiątką zawodników. Mówił, że muszę się zaadoptować. Szkoda tylko, iż ta „adaptacja” trwała przez całą jego trenerską kadencję w Austrii.
Zwolnionego z funkcji trenera Austrii Schinkelsa zastąpił Georg Zellhofer. I dla Polaka była to zmiana na lepsze. Zaczął grywać coraz częściej, choć i tak miejsca w podstawowym składzie nie miał. W przerwie zimowej okazało się, że Austriacy nie wiążą przyszłości z Milą. Dlatego złożyli pismo o rezygnacji z prawa pierwokupu. – To była sprawa formalna, bo gdyby nie było tego pisma, to moja umowa obowiązywałaby jeszcze rok – tłumaczy 26 – letni piłkarz, który nie był tą sytuacją zbytnio zmartwiony.
- Chciałem odejść, bo wiedziałem, że we Wiedniu niczego już nie zdziałam – mówi. – Ważny był również aspekt rodzinny. Czułem się tam samotny – tylko ja i Playstation. Z rodziną kontaktowałem się wyłącznie za pomocą telefonu komórkowego bądź skype`a, a poza tym nie znałem języka, więc komunikacja była mocno utrudniona.
…w Oslo też nie
Po zupełnie nieudanym austriackim epizodzie Mila stracił na wartości i lista klubów, którego chciały go mieć u siebie, stała się wąska. Marzenia o występach w niemieckiej Bundeslidze musiał odłożyć na bok. Zamiast Bayernu Monachium, Schalke 04 czy jakiegokolwiek innego klubu z Bundesligi, rozmowy z filigranowym zawodnikiem rozpoczęli działacze kilku klubów z Polski. – Nie zamierzam jeszcze wracać do ojczyzny – mówił jednak Polak, który nadal chciał kontynuować zagraniczną przygodę. Tyle tylko, że na rynku transferowym nie był on łakomym kąskiem. Wprawdzie zainteresowanie Milą zgłaszało kilka drużyn drugoligowych, lecz piłkarz mówił, że w grę wchodzą tylko kluby z pierwszej ligi.

I wtedy napłynęła oferta z Valerengi Oslo. W Polsce klub ten jest znany tylko z tego, że w 2003 roku wyeliminował z rozgrywek Pucharu UEFA krakowską Wisłę, pokonując ją w serii rzutów karnych. – Gra w Valerendze to może nie jest dla mnie spełnienie marzeń, ale mam szansę odbudować swoją formę. Tutaj mam zapewnione miejsce w podstawowym składzie – opowiadał tuż po podpisaniu kontraktu z norweską drużyną.
Fakt, trener Norwegów Johan Schnaps na konferencji prasowej, która odbyła się po prezentacji Mili w nowym klubie, jasno powiedział: „Sebastian będzie jedną z największych gwiazd w naszym zespole. Wszyscy pokładamy w nim ogromne nadzieje”. Te słowa można więc było zinterpretować, jako pewne miejsce w pierwszym składzie. Tak się jednak nie stało. Było bliźniaczo podobnie, jak w czasach gry w Austrii Wiedeń: początek całkiem niezły (w miarę regularna gra, uwieńczona trzema asystami), lecz im dalej w las, tym coraz bardziej epizodyczne występy i ostatecznie wylądowanie na trybunach. Fachowcy, kibice i dziennikarze zastanawiali się, dlaczego Mila nie gra w bardzo przeciętnej przecież Valerendze, skoro miał być jej gwiazdą. Jedni twierdzili, że nie jest to liga dla niego – bardzo dużo tam walki, przepychanek, kopanin, a Polak warunki fizyczne ma delikatnie mówiąc nie najlepsze. Drudzy natomiast, że 26 – krotny reprezentant Polski to po prostu słaby piłkarz. A jak brak gry tłumaczył sam zainteresowany? – Czemu nie grałem? Na pewno nie dlatego, że to twarda liga. Wbrew obiegowym opiniom: to nie jest liga drwali! Myślę, iż zabrakło głównie szczęścia.
Środowisko piłkarskie niechętnie jednak przyjęło tłumaczenia wychowanka Bałtyku Koszalin. – Zwalanie winy na „brak szczęścia” jest, moim zdaniem, chowaniem głowy w piasek – twierdzi asystent Leo Benhakkera Benhakker reprezentacji Polski, Bogusław Karczmarek. – Mila nie doznał żadnej poważniejszej kontuzji, nie miał problemów osobistych, a mimo to nie poradził sobie ani w Austrii, ani Valerendze. Myślę, że zadecydowała o tym po prostu jego słaba gra. Trzeba to otwarcie przyznać.
Czy uda się w Polsce?
- Pobytu w Austrii i Norwegii sukcesem nie nazwę. Nie zmieniałem klubów na lepsze, tylko na gorsze. Życiowo nie straciłem. Chciałem podjąć wyzwanie, spróbować czegoś innego i się nie udało. Większą porażką byłoby, gdybym nie wyjechał. Żyłbym ze świadomością, że stchórzyłem. Nie wyszło, więc teraz znów chcę zacząć grać w piłkę – opowiadał Mila niedługo po odejściu z Valerengi Oslo.

“Czy się odrodzę?”
Postanowił więc, że wróci do Polski, by odbudować swoją formę. Pierwszym klubem, który podjął z 26-latkiem rozmowy był ŁKS Łódź. I okazało się, że kto pierwszy, ten lepszy. Mimo ciągnących się w nieskończoność transferowych negocjacji, 28 lutego Mila podpisał ostatecznie kontrakt z łódzkim klubem, który zwiąże go z tą drużyną na najbliższe cztery miesiące. Później wróci do Valerengi. – Rozmowy były bardzo trudne. Obie strony przedstawiły ciężkie warunki. Na szczęście spotkaliśmy się gdzieś w połowie – mówił zadowolony piłkarz w jednym z wywiadów. – Wyniki różnego rodzaju testów mam lepsze, niż kiedy wyjeżdżałem. Jestem mocniejszy fizycznie, psychiczne, bardziej doświadczony. Czuję się po prostu pewniejszy.
Jego słowa wydają się być prawdą, a nie tylko wyświechtanymi zwrotami, którymi często posiłkują się piłkarze. ŁKS utrzymał się w pierwszej lidze, a forma Mili wzrastała z meczu na mecz. Aż osiągnęła całkiem niezły poziom. – Czy wrócę do dawnej formy? Myślę, że jest na to spora szansa – mówi ze skromnym uśmiechem Sebastian Mila.






